poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Rozdział 32


*Louis*


- Faith i Chloe zniknęły…

Nie docierało mnie znaczenie tych słów. To po prostu się nie działo, a Vicky chciała nas wystraszyć jakimś głupkowatym i ani trochę nie śmiesznym żartem.  Pewnie poszły obie do łazienki czy jakieś inne gówno, a ta sieje panikę.
Co ja kurwa wymyślam? To nie jakaś pieprzona galeria handlowa, w której są kible z kilometrowymi kolejkami do babskich kabin. Jesteśmy w cholernym lesie, gdzie nie miały za chuja prawa zniknąć! Wiedziałem, że to nie jest dobry pomysł, by brać Faith na ten wyścig. Przecież te cioty nie potrafią nawet przez jebane piętnaście minut dopilnować słabej dziewczyny.
- Zabiję go, zabiję gnoja, rozumiesz? - mój głos przypominał warkot silnika, ale byłem zbyt wkurwiony, żeby się tym przejmować.
Jedyne o czym myślałem to to, że muszę go dorwać. Czułem się jak w amoku, gdy mocniej zaciskałem dłonie i szczękę, rozglądając się za znaną paszczą. Wiedziałem, że mięśnie na plecach i rękach napinają się pod impulsem siły jakiej używam do ściskania jakiegoś przedmiotu. Ale jedyne co widziałem, to zamazany obraz przesłoniony rządzą mordu. Nic nie mogło mnie teraz powstrzymać, nie Furiousa. Czułem, jak ktoś z całych sił próbuje mnie odciągnąć od ofiary.
- Louis, to boli! – gdzieś, jakby z oddali usłyszałem przerażony głos.  
To zadziałało na mnie, jak płachta na byka. Chciałem, żeby bolało, żeby ta osoba poczuła taki sam ból, jaki ja czułem w tym momencie, gdy wraz zniknięciem Faith - zawalił mi się cały świat. Obiecałem jej, że nie pozwolę, aby stała jej się jakakolwiek krzywda, a teraz nawet nie wiem, gdzie ona jest. Muszę ją znaleźć, tak samo jak Chloe.
- Tommo, pojebało cię?! Nie widzisz, co jej robisz? – Nie mogłem zidentyfikować, do kogo należy głos, ale słysząc słowo „ją” od razu pomyślałem o moim Osiołku.
- Faith? – wydobyłem z siebie cichy szept rozluźniając przy tym uścisk.
Dziesięć… dziewięć… osiem… siedem… sześć… pięć… cztery… trzy… dwa… jeden… zero… Otworzyłem oczy i zobaczyłem roztrzęsioną, zapłakaną przyjaciółkę. Po jej twarzy spływały łzy, rozmazując przy tym cały makijaż, jaki miała zrobiony. Teraz - jej zazwyczaj zaróżowione policzki - były całe w czarnych plamach, a w oczach zbierało się coraz więcej płynu. Osłupiały słyszałem jakieś szmery rozmów i krzyków innych zgromadzonych. Mój wzrok był skupiony tylko na czerwonych śladach tworzących się na ramionach dziewczyny.
Przekręciłem głowę w bok przyglądając się ranom na ciele szatynki. Czułem na sobie wzrok pozostałych, ale miałem to głęboko w dupie. Chciałem, żeby ktoś cierpiał, ale nie myślałem o Niej. Nie była niczemu winna, a ja nie potrafiłem nad sobą zapanować. Musiałem się stąd zmyć jak najprędzej, zanim znowu kogoś stracę i to z własnej winy.
Zrobiłem krok do przodu, nie odwracając wzroku od oczu Vicky. Dziewczyna w odpowiedzi cofnęła się do tyłu, na co zmrużyłem oczy. Bała się mnie. Bała się, że znowu jej coś zrobię. Miała rację, nie zasługiwała na to, a gdyby nie moja natura, nie miałaby teraz tych śladów na rękach. Powinny obie z Faith trzymać się ode mnie z daleka. Nie było sensu na kolejne podejście, więc szepnąłem tylko ciche przepraszam i przepychając się przez tłum dotarłem do swojego wozu, by zaraz jechać z zawrotną prędkością do jedynej osoby, którą miałem ochotę teraz widzieć.

Wbiegłem szybko po schodach na dwunaste piętro i stanąłem przed numerem 173. Oparłem jedną dłoń o framugę, a drugą pięścią waliłem w czarne drzwi. Nie powiem, trochę się zmachałem, ale wolałem to od czekania na windę, która wlecze się jak ślimak. Całą drogę próbowałem się dodzwonić do dziewczyn, ale obie miały wyłączone telefony. Albo to ktoś im je wyłączył.
- Liam, kurwa! Jak zaraz nie otworzysz, to wypierdolę te jebane drzwi z zawiasów!
Mieszkanie obok zostało otworzone, a z środka wyszła jakaś babcia.
- Młody człowieku, nie widzisz, że nikogo nie ma? – Zaczepiła mnie piskliwym głosem.
Powoli odwróciłem głowę w jej stronę i przybrałem groźny wyraz twarzy, zaciskając drugą dłoń w pięść.
- Radzę wrócić do środka. – Wycharczałem nieprzyjemnie, na co wystraszona zrobiła to, co powiedziałem.
Zacząłem z powrotem tłuc się w drewno.
- Idę! Pali się, czy co? – Usłyszałem znany mi głos i po paru sekundach drzwi się uchyliły, więc pchnąłem je mocno wraz z kumplem i wszedłem do środka nieproszony.
- Louis? – Zmarszczył brwi przyglądając mi się. Jednak zamknął spokojnie drzwi, wiedząc, że to musi być coś ważnego.
Payne stał w samym ręczniku owiniętym wokół pasa, a drugim wycierał mokre jeszcze włosy. Jebany model.
- Dłużej się nie dało? – Skinąłem na niego, a ten wzruszył ramionami. – No kurwa, jakieś pięć minut stałem na tym korytarzu. – Czułem jak złość powoli mnie opuszcza.
- Nie byłem sam – odrzekł obojętny, idąc w stronę salonu.
Podążałem za nim z niezrozumieniem. Znowu się wielce zakochał? A może poszedł w moje ślady i wyrwał jakąś dupę na imprezie. Ale nie to jest teraz najważniejsze.
Podszedł do jakiejś szafki i wyciągnął z szuflady dresy, które założył na siebie, rzucając ręcznik na krzesło.
Ja natomiast zająłem miejsce na kanapie, kładąc przedramiona na kolanach, a Liam podszedł do barku. Nalał whisky do dwóch szklanek, które wziął w jedną dłoń, a drugą zabrał butelkę i odłożył wszystko na stoliku przede mną, po czym usiadł obok mnie. Podniosłem jedną szklankę i wypiłem jej zawartość, czując ostro gorzkawy posmak alkoholu. Potrzebowałem tego, a Payno dobrze wie, co może mnie uspokoić.
- Faith i Chloe zniknęły dzisiaj w czasie wyścigu. – Powiedziałem wyjątkowo spokojnie i z rezygnacją. – Muszę je znaleźć, a jesteś jedyną osobą, która może mi w tym pomóc. – podniosłem wzrok na przyjaciela. - Zrobiłem krzywdę Vicky - skrzywiłem się, wspominając tworzące się siniaki. – Gdybym tam został to bym chyba zatłukł Willa, który miał je kurwa pilnować.
Automatycznie zacisnąłem dłonie, myśląc o tym, jak spierniczył wszystko. Naprawdę wątpię, abym był w stanie się uspokoić tak, jak zrobiłem to przy dziewczynie.
- Myślisz, że to Parker? – Spytał analizując już wszystko w tej swojej głowie.
- To na pewno on. Skurwiel pożałuje, że kiedykolwiek został spłodzony…
- Liam, gdzie trzymasz suszarkę do włosów? – Słysząc damski głos, miałem wrażenie, jakby nie był mi do końca obcy.
Gdy drzwi od łazienki się otworzyły, oboje odwróciliśmy głowy w tamtą stronę. Ukazała nam się blond dziewczyna w samym ręczniku, na co uniosłem brwi ze zdziwieniem.
- Cassie?



*Faith*

Przerażona patrzyłam na blondynkę, która bała się wszystkiego równie jak ja. Miałam ochotę złapać jej dłoń i mocno ją ścisnąć, co może choć trochę by mnie uspokoiło. Nie mogłam tego zrobić, przez sznury, którymi zostały związane moje ręce. Wszystko, czego teraz pragnęłam to to, aby to co się dzieje okazało się snem, a obok mnie znalazł się mój Louis. Ale jak mogłam o tym marzyć, gdyż... no kurwa, zostałam porwana. Trzęsłam się z przerażeniem, gdy mój makijaż spływał po policzkach.
- Uhh... zamknij się już. - Usłyszałam szorstki głos potwora, który właśnie odnosił się do mojego głośnego szlochania.
Przeniosłam wzrok na mężczyznę, który prowadził auto, nadając mu niesamowitej prędkości. Louis nie kłamał, gdy mówił że Parker jest jebanym chujem z krzywą mordą. 
Ciekawe czy Louis już wie, że zostałyśmy porwane. 
Ciężko mi było samej sobie przypomnieć, co dokładnie się stało, co doprowadziło do tego, że teraz jadę ze związanymi rękoma wraz z Chloe, Parkerem i dwoma niemiłymi mężczyznami w wielkim Land Roverze.

Po prostu stałam z Willem i Vicky, ponieważ Jack i Dean poszli zapalić. Czarnowłosy cały czas pilnował mnie, tak jak obiecał Louisowi i naprawdę ani na chwilę nie spuścił ze mnie wzroku. W trójkę zastanawialiśmy się, gdzie podziała się Chloe, aż nagle dostałam od niej wiadomość. Dziewczyna prosiła, abym przyszła na parking pod "jej" czarnego Land Rovera, ponieważ musi ze mną porozmawiać na osobności. Will chciał abym poszła tam z Vicky, jednak gdy pokazałam im sms'a stwierdzili, że skoro Chloe tak bardzo zależy, to żebym udała się tam sama. Nie krótko szukałam samochodu, który okazał się być zaparkowany na samym końcu. Gdy już tam podeszłam, zorientowałam się, że to wcale nie jest auto mojej przyjaciółki, ponieważ koło niego stał przerażający facet, który na poprzednim wyścigu przyglądał mi się uważnie. Od razu rzuciłam się do ucieczki, jednak jeden młody chłopak złapał mnie za rękę. Nawet mój krzyk nic nie pomógł. W końcu byliśmy na wyścigu, gdzie każdy krzyczał. Takim sposobem zostałam wepchnięta do auta, w którym znajdowała się już Chloe. Parker od razu odjechał z miejsca wyścigu, podczas, gdy ciemnowłosy chłopak wziął mój telefon i związał ręce grubą liną.

- Przepraszam... - wyszeptałam cicho, starając się przestać płakać.
- Dokąd nas wieziesz? - Zapytała odważnym głosem Chloe.
- Jeśli myślisz, że to ci pomoże w ucieczce, to się mylisz. - Chłopak, który siedział obok nas zaśmiał się. Był to zdecydowanie wredny, szyderczy śmiech.
- Okolice Louth - odparł Parker chłodnym głosem. - Jeszcze jakieś pytania, kochanie? - Zwrócił się do Chloe na co ona zrobiła zniesmaczoną minę.
- Po co nas tam wieziesz?
- Porwania zazwyczaj polegają na tym, że kogoś zamyka się w jakimś miejscu. A teraz już się zamknij, bo na pewno nie jesteście tutaj, abym miał z wami kurwa rozmawiać.
Tak jak nakazał Parker, Chloe przestała się odzywać.
Jechałyśmy jeszcze jakieś pół godziny, aż w końcu wjechaliśmy do Louth. Miasto to wyglądało podobnie do Doncaster. Przyglądałam się wszystkiemu wokół. O tej godzinie na ulicach nie było już wiele aut, przez co nie staliśmy w korkach. Po kilkunastu minutach zauważyłam, że nie ma już tak wielu domów. W końcu wjechaliśmy do lasu. Przez przynajmniej dwadzieścia minut jeździliśmy różnymi polnymi drogami, a z każdą chwilą byłam coraz bardziej przerażona, ponieważ wokół nas nie było kompletnie nic; oprócz drzew i pól. Parker mógłby nas teraz spokojnie zabić i nikt by nas nawet nie usłyszał. Popatrzyłam wystraszona na Chloe. Nie zdziwiło mnie to, gdy zauważyłam, że dziewczyna boi się tak samo jak ja. Nagle wyjechaliśmy na kostkę brukową, co przyznam - okropnie mnie zaskoczyło. No bo do kurwy co w lesie robi kostka brukowa?
Chyba za dużo przebywam z Louisem. 
Po chwili ujrzałam wysoki mur wykonany z kamienia. Podejrzewam, że ma on około dwóch metrów, albo i nawet więcej. Samochód zatrzymał się niedaleko bramy, ale przez ogrodzenie nie miałam szansy ujrzeć, co znajduje się za nim.
- Wyprowadźcie je. - Do moich uszu po raz kolejny dotarł chłodny głos Parkera, przez co po moim ciele przeszły dreszcze.
Mam prawo być przerażona po tym, jak człowiek, który zmasakrował moje auto, grożąc, że ja będę kolejna dokonał swego. Porwał mnie.
Poczułam mocny ucisk w ramionach, a potem ktoś z mocną siłą wyciągnął mnie z auta. Spojrzałam na mulata, którego mina wskazywała znudzenie. 
- Mam zdjąć jej to gówno z rąk? - Zapytał swoim głosem, który był totalnie obojętny.
Po uzyskaniu zgody od człowieka, którym gardzę, czarnowłosy rozwiązał linę. Poczułam wielką ulgę i dopiero teraz zdałam sobie sprawę, jak mocno uciskała mnie lina. Drugi facet zrobił to samo Chloe, a ja już po chwili stałam obok niej.
- Idziemy, nie mam dużo czasu - rozporządził kutas z krzywym nosem.
Mężczyźni zaciągnęli nas do ogrodzenia, a moje oczy powiększyły się kilkakrotnie. Czy my zostałyśmy porwane do willi z basenem, który ma większa powierzchnię od mojego całego domu? Parker otworzył bramę poprzez odcisk palca, a już po chwili weszliśmy do środka.
- Zostajecie tutaj, a oni - wskazał na mulata i drugiego mężczyznę z brązowymi włosami - będą was pilnować. Nie radzę uciekać, bo i tak jesteście w lesie, gdzie daleko nie ubiegniecie. Śpijcie sobie gdzie tylko kurwa chcecie, róbcie w tym domu co chcecie. Ciuchy macie w którejś szafie, wszystkie babskie rzeczy w łazienkach. - Parker wydawał się być znudzony tym co mówi, podczas gdy ja z przyjaciółką patrzyłyśmy na niego zszokowane. - Jeśli zaczniecie coś odpierdalać, źle skończycie, delikatnie mówiąc. - Teraz Parker odwrócił się w stronę swoich "podwładnych" - Jak coś będzie się działo, albo będą chciały coś ze sklepu, to dzwońcie.
Rozglądałam się po posesji, nie mogąc zorientować się, o co w tym wszystkim chodzi. Dlaczego jesteśmy porwane? Dlaczego akurat do willi? Czy Parker nie jest aż tak zły?
- Możemy korzystać z basenu? - Zapytała Chloe, na co przeniosłam na nią zszokowane spojrzenie.
- Kurwa, porwałem cię, a wszystko czego chcesz to kąpać się w basenie? - Parker zaśmiał się szyderczo. - Co z tobą jest nie tak?
- Możemy czy nie? - Uniosła brwi, a ja nadal nie mogłam uwierzyć, że ona teraz myśli o basenie.
- Róbcie co chcecie - wywrócił oczami. - Coś jeszcze? Nie mam czasu.
- Kiedy nas wypuścisz? - Przełamałam się i zapytałam trzęsącym głosem.
- Oh, to zależy tylko i wyłącznie od twojego chłopaka, kochanie - mrugnął do mnie. - Jeśli cię kocha, to nie potrwa to długo.
Po wypowiedzeniu tych słów, Parker odszedł. "Jeśli cię kocha". Czyli to oznacza, że będę tu siedziała wieczność?